Berlin na weekend – przewodnik subiektywny

Berlin na weekend – przewodnik subiektywny

Mimo że Berlin leży niecałe 600 km od Warszawy, to po raz pierwszy trafiłam tam dopiero tydzień temu. Był to wyjazd typowo weekendowy, ale wystarczająco intensywny, abym zapałała sympatią do tego multikulturowego, pełnego kontrastów miasta. W dzisiejszym poście zabieram Was na wycieczkę po mojej stronie Berlina. Będzie trochę zabytków i atrakcji turystycznych, ale też spora dawka zabawy, alternatywy i oczywiście zdjęć. Jesteście gotowi?

Na początek muszę Wam jednak zdradzić okoliczności, jakie sprowadziły nas do stolicy Niemiec. Jest to bardzo istotna informacja, bez której nie da się w pełni zrozumieć charakteru tej wycieczki. Otóż, szturmowaliśmy Berlin pokaźną grupą 12-tu osób, a wyjazd był urodzinowym prezentem-niespodzianką dla Maryś, wieloletniej przyjaciółki jeszcze z czasów szkolnych. Naszym głównym celem było przede wszystkim spędzenie tego czasu razem, w luźnej atmosferze, a dopiero w drugiej kolejności nastawialiśmy się na zwiedzanie i typowo turystyczne aktywności. Jednym słowem – zapowiadała się dobra impreza 🙂

Wyruszyliśmy z Warszawy w piątek rano z Dworca Centralnego. Pociąg okazał się w naszym wypadku idealnym rozwiązaniem – po 5 godzinach komfortowej i wesołej podróży (PKP naprawdę daje radę 🙂 ) dotarliśmy na Hauptbahnhof bez żadnych opóźnień. Berliński dworzec jest bardzo nowoczesny i robi duże wrażenie. Powstał dopiero w 2006 roku tuż przed Mistrzostwami Świata w piłce nożnej. Jest to największy węzeł kolejowy o konstrukcji krzyżowej w Europie – łączy północ z południem (perony podziemne) i wschód z zachodem (perony na poziomie górnym). Wcześniej, przez długi czas rolę głównego dworca w mieście pełnił słynny Berlin Zoo.

Nocne życie miasta potrafi wciągnąć bez reszty. Berlin, jak wiele metropolii, zaczyna budzić się dopiero po zmroku. Na ulice wychodzą tłumy głodnych i żądnych rozrywki miejscowych i turystów, którzy stopniowo zapełniają kawiarnie i restauracje. Każdy znajdzie tu coś dla siebie – od przytulnych barów z muzyką na żywo, przez głośne dyskoteki z muzyką elektroniczną, po legendarne kluby gejowskie. Wieczorem na ulicach jest jak najbardziej bezpiecznie, mieszkańcy są bardzo przyjaźnie nastawieni, a brak bariery językowej tym bardziej sprzyja nawiązywaniu kontaktów. Niestety muszę przyznać, że moje próby odkurzenia od lat nieużywanego niemieckiego zakończyły się raczej miernym skutkiem, ale na szczęście wszyscy napotkani przez nas Berlińczycy mówili biegle po angielsku.

Dla mnie podróż to przede wszystkim kuchnia. Zawsze staram się jeść to co lokalsi i próbować nowych smaków. Berlin to prawdziwa uczta dla miłośników street-food, w licznych punktach gastronomicznych można zjeść niemal wszystko, od kuchni tureckiej, przez azjatycką, po typowo niemieckie przekąski. Żeby poczuć prawdziwy klimat miasta, warto jest zorganizować swój własny gastrotour. Najpopularniejszymi ulicznymi przysmakami są tu curry wurst, czyli panierowana kiełbasa w ostrym sosie curry i oczywiście kebab. O każdej porze dnia i nocy ustawiają się po nie naprawdę gigantyczne kolejki. Mi jednak najbardziej do gustu przypadła jagnięcina na sposób nepalski i tajska zupa z mlekiem kokosowym upolowane w dzielnicy Kreuzberg.

Nie jestem typem muzealnym, dlatego w planie naszej wycieczki nie znalazło się zwiedzanie słynnej Wyspy Muzeów. Zadowoliliśmy się podziwianiem tego kompleksu z okien pociągu 🙂

Odwiedziliśmy za to jedno z najbardziej znanych przejść granicznych między NRD a RFN w okresie zimnej wojny – Checkpoint Charlie. To miejsce zrobiło na mnie ogromne wrażenie. W czasach, kiedy Berlin podzielony był murem, przedostanie się ze strony wschodniej na zachodnią było bardzo niebezpieczne, a dla niektórych wręcz zupełnie niemożliwe. Zgodnie z rozporządzeniem władz NRD, przejście dozwolone było jedynie dla cudzoziemców, czyli zagranicznych turystów lub personelu dyplomatycznego. Uzbrojeni funkcjonariusze przeprowadzali drobiazgową kontrolę wszystkich przekraczających granicę, bezwzględnie wyłapując każdego, kto próbowałby nielegalnie przedostać się na stronę zachodnią. Zlokalizowany w samym centrum miasta Checkpoint Charlie wielokrotnie był świadkiem dramatycznych wydarzeń i tragicznej śmierci zdesperowanych uciekinierów. Nie mieści mi się w głowie, że przejście funkcjonowało aż do 1990 roku!

Dzisiaj znajduje się tu Muzeum Muru Berlińskiego, poświęcone ofiarom oraz symboliczny punkt kontroli granicznej, będący atrakcją turystyczną. Przy zachowanej budce strażniczej stoi trzech statystów przebranych w żołnierskie mundury – niemiecki, amerykański i rosyjski. Każdy może zrobić sobie z nimi zdjęcie i otrzymać odcisk pieczątki z wybranej przez siebie strefy okupacyjnej.

Kolejnym must-see na mojej mapie Berlina była East Side Gallery, czyli największa na świecie galeria sztuki na wolnym powietrzu. Władze miasta udostępniły artystom przeszło 1,3 km ruin muru berlińskiego wzdłuż rzeki Szprewy, na których powstało ponad 100 oryginalnych i fascynujących graffiti autorstwa twórców z różnych zakątków świata. Jest to swojego rodzaju pomnik-manifest dla wolności i pokoju, punkt obowiązkowy dla wszystkich miłośników street-art. Do najbardziej kultowych murali zalicza się „Brotherly Kiss (Dimitri Vrubel), „Fatherland” (Gunther Schaefer) i „Berlin – New York” (Gerhard Lahr).

Nieodłącznym i chyba najbardziej znanym symbolem Berlina jest oczywiście Brama Brandenburska, także wybraliśmy się i tam. To fakt, jest dość potężna (26 m wysokości), ale poza tym nie zrobiła na mnie większego wrażenia, więc zmyliśmy się stamtąd dość szybko i skierowaliśmy się pod Pomnik Pomordowanych Żydów Europy upamiętniający ofiary Holocaustu. Jest to dość nietypowy monument. Zajmuje teren o powierzchni 19 tys. m2 i składa się z 2711 brył ustawionych w równoległych szeregach. Sprawia dość posępne wrażenie, przypomina trochę las betonowych słupów, labirynt lub cmentarz. Żałuję, że nie udało nam się wjechać na kopułę Reichstagu, bo wręcz uwielbiam wszelkiego rodzaju punkty widokowe. Okazało się, że ze względu na liczbę chętnych, wejście trzeba zaplanować z co najmniej kilkudniowym wyprzedzeniem rejestrując się on-line. Niestety dla nas zabrakło już miejsc 🙁

Nasz berliński weekend minął zdecydowanie za szybko. Przyznam szczerze, że sama jestem zaskoczona tym, jak pozytywne wrażenie wywarło na mnie to miasto. I chociaż brakuje mu może uroku Pragi, romantyzmu Paryża, czy antycznego ducha Rzymu, to jednak okazało się, że panujący tam artystyczno-hipsterski klimat, lekko offowa atmosfera i modernistyczny design bardzo mi odpowiadają. Pokuszę się wręcz o stwierdzenie, że mogłabym tu zamieszkać 🙂 Kto by pomyślał? 😉

Po więcej fotek z naszego weekendu zapraszam na mój Instagramowy profil 🙂

Na koniec przyszedł czas na podsumowanie kosztów wyjazdu:

Dojazd – bilet normalny w dwie strony na trasie Warszawa-Berlin kosztował nas 279 zł od osoby. Muszę w tym miejscu zaznaczyć, że bilety kupowaliśmy z półtoramiesięcznym wyprzedzeniem, a bardzo miła Pani z obsługi PKP osobiście zaangażowała się w znalezienie najbardziej optymalnej dla nas opcji i doradziła zakup biletu grupowego, dzięki czemu zapłaciliśmy ok. 40% taniej niż standardowo.

Nocleg – szukając zakwaterowania kierowaliśmy się przede wszystkim lokalizacją. Zależało nam na okolicy, gdzie będziemy mogli doświadczyć berlińskiego „nocnego życia” i która równocześnie będzie dobrze skomunikowana z resztą miasta. Zdecydowaliśmy się na hostel acama w dzielnicy Kreuzberg, która obfituje w bary i restauracje. Od najbliższej stacji metra dzieliło nas ok. 7 min spacerkiem. Cena za 2 noce w 4-osobowym pokoju z prywatną łazienką wyniosła 178 zł od osoby.

Jedzenie – w naszym hostelu można było zjeść obfite śniadanie w formie szwedzkiego stołu w cenie 5,90 EUR. Duże jasne piwo kosztuje w knajpie ok. 3,50 EUR, a za kolację w średniej klasy restauracji dla 2-óch osób trzeba zapłacić ok. 25 EUR. Punktem obowiązkowym jest też oczywiście curry wurst i kebab z budki, pod którymi non-stop ustawiały się kilkunastometrowe kolejki. Cena takiej przekąski to ok. 4 EUR.

Komunikacja – pierwszego dnia poruszaliśmy się wyłącznie pieszo, ale drugiego już nieco wymiękliśmy i przesiedliśmy się na metro. Całodzienny bilet kosztuje 7,30 EUR. Innym, dość popularnym rozwiązaniem jest wypożyczenie roweru, co kosztuje ok. 10 EUR za dobę.

RAZEM = 695 zł (zakładając kurs 4,4 PLN)

Byliście w Berlinie? Jakie są Wasze wrażenia z tego miasta? Co w nim najbardziej lubicie? Co jeszcze polecacie zobaczyć?


Jeśli ten wpis Ci się spodobał, a wskazówki w nim zawarte uważasz za pomocne i wartościowe, będę Ci bardzo wdzięczna, jeśli wyrazisz to w komentarzu lub polubisz post na Facebooku. A może znasz osoby, które również są zainteresowane podobną tematyką, lub którym ten artykuł może się przydać? Jeśli tak, to proszę podziel się nim w sieci, prześlij go dalej, udostępnij. Dziękuję!!!

Chcesz pozostać na bieżąco ze wszystkimi nowościami publikowanymi na blogu?

  • Zostań fanem panimoney.pl na Facebooku
  • Subskrybuj mój profil na Bloglovin
  • Śledź kulisy bloga na Instagramie
  • Zapisz się do newslettera – za każdym razem, kiedy na blogu pojawi się nowy wpis dowiesz się o tym pierwsza :)

 

2 thoughts on “Berlin na weekend – przewodnik subiektywny

  1. Muszę przyznać, że ostatnim razem byłam w Berlinie 10 lat temu, jednak pamiętam jak duże wrażenie wywarło na mnie to miasto. Chciałam zacząć uczyć się niemieckiego i wracać do tego fascynującego miasta na dłuższe okresy czasu. Jeżeli chodzi o wydatki to jestem ciekawa w jaki sposób wyglądał budżet mojej siostry Kasi, która jeździła tam autostopem. 🙂 Super zdjęcia! Też muszę się tam wybrać w najbliższym czasie!

    1. Ja niestety nigdy nie polubiłam niemieckiego na tyle, żeby chcieć kontynuować naukę. Na szczęście, znając angielski można się dogadać właściwie wszędzie 🙂
      Autostop to na pewno niesamowita przygoda, ale osobiście nigdy nie miałam na tyle odwagi, żeby spróbować tej formy podróżowania. Gratulacje dla Kasi! 🙂

Dodaj komentarz